Przejdź do treści

Dziedzictwo Hogwartu

Właśnie zakończyłem zabawę z grą „Dziedzictwo Hogwartu” i mogę podzielić się moją opinią na jej temat. Nie spieszyłem się z zakupem, bo czasu na granie mam niewiele, a co za tym idzie ukończenie każdej gry trwa około 2 miesięcy. Kupka wstydu sukcesywnie jednak jest pomniejszana i po platynie w God of War ciężko mi było pozbyć się chęci wyciskania z gry 100%, mimo iż nie sprawia już to takiej przyjemności jak fabuła i zadania poboczne. W „czarodziejach” byłoby to o tyle trudniejsze, że gra wymaga od nas odkrycia „Komnaty mapy” będąc uczniem każdego domu, a to już dla mnie jest za dużo. Po prostu mi się nie chce.

Kiedy ukończyłem wątek główny to miałem osiągnięty 31 poziom, a 34 był wymagany do ukończenia gry. Musiałem zatem spędzić kilka wieczorów na lataniu po mapie realizując celowo wcześniej pomijane znaczniki z misjami pobocznymi, aby osiągnąć wymagany poziom. Nie chciałem tego robić arenami, bo sobie urozmaicałem sobie zakończenie gry. Walka owszem jest satysfakcjonująca, ale nie sprawiała już takiej radości kiedy byłem w stanie bardzo szybko zniszczyć obóz lub położyć trolla. Dłużyło się zatem niemiłosiernie.

Zwierzaki i eliksiry to dla mnie była rzecz niezrozumiała. W grze dla pojedynczego gracza mam czekać pół godziny na jakieś piórko i napój, aby móc przystąpić do misji w pełni przygotowanym. Nieśmieszny żart zrozumiały w grach przeglądarkowych. Szkoda że gospodarując sobie godzinę wolnego czasu pół spędzałem na czekaniu na danie główne które w końcu odpuszczałem, bo zbliżała się północ. Jasne mogłem przystąpić do misji mimo wszystko, ale nie lubię się wyrywać z kontekstu. Misje potrafiły zająć około godziny, bo zebranie wszystkich znajdziek zabierało kolejne minuty.

Fabularnie gra nie wypadła źle. Ot typowa historia o bohaterze. To czego nie lubię, to traktowania gracza jako wybrańca/wyjątkowego, a tym bardziej nawiązań do tej sytuacji. Na każdym kroku jesteśmy utalentowani, nasze osiągnięcia są wyjątkowe, a nauczyciele robią rzeczy specjalnie pod nas. Czuję wtedy że powalenie trolla za 5 podejściem to nie jest moja zasługa tylko mojej wyjątkowości. Starałem się nie używać starożytnej magii, a nawet jej nie rozwijałem szczególnie, aby być zbliżonym do zwykłego ucznia. Nie ponosiłem również konsekwencji za używanie czarnej magii, a gdy tylko postacie poboczne z niej korzystały, to były od razu piętnowane. No ale ja jestem wyjątkowy pamiętajmy. Mi można przy finałowej walce całe grupy powalać avadą i turlać się aż się odnowi.

Wyścigi na miotle to była dla mnie męka. Kilkukrotne podchodzenie do wyścigu, bo ściągało mnie na prostych, albo nie wiedziałem o tym że istnieje przyspieszenie pod drugim triggerem. Do wyścigów podchodziłem kilkukrotnie przez około tydzień. Szkoda nerwów, drugie ulepszenie było wystarczające.

Pod względem wydajności było ok, do czasu aż nie wchodziłem do legowiska (tak się to nazywało?) pająków. Ilość klatek drastycznie spadała, a walka była utrudniona. Kończyło się to tym, że wyciągałem kilku delikwentów i dopiero jak było ich mniej to dało się przejść dalej. Grałem na PS5 w trybie wydajności. Co ciekawe – finałowa walka była super płynna, a dostawałem oczopląsu.

Czy zagrałbym jeszcze raz? Nie. Miałem nabite 50 godzin i myślę że to jest wystarczający wynik jak na grę za parę stówek. Brakowało mi większej ilości starć z bossami, choć nie ukończyłem 100% gry, lecz tylko linię fabularną, więc mogło mnie jeszcze trochę ominąć. Niemniej, powinno być to bardziej wplecione w fabułę, bo po jej ukończeniu po prostu nie chciało mi się dalej grać.

O zamku się nie wypowiadam. Nie lubiłem po nim chodzić, błądzić i szukać tych księżyców. Uciekałem z niego przy pierwszej możliwej okazji.